Do pewnego momentu wystarczy być. Potem przestaje wystarczać — i wtedy zaczyna się prawdziwa praca nad relacją. Adam nazwał to w podcaście pomelody bardzo konkretnie: do tej pory cokolwiek zrobił z synem, było dobrze. Robili coś razem albo po prostu byli obok siebie i to wystarczało. Teraz starszy syn potrzebuje czegoś więcej — a jeśli tata tego nie zaproponuje, czas po prostu przecieknie.
Adam mówił o tym otwarcie: nie chce mieć nastolatka, który wraca do domu, zakłada słuchawki i znika w telefonie. Chce nastolatka, który przychodzi z tematami — bo mają wspólne pasje i wypracowaną płaszczyznę do rozmowy.
To nie jest lęk teoretyczny. Telefon staje się dla nastolatka bezpieczną przestrzenią wtedy, gdy nie ma innej. Jeśli w domu nie istnieje wspólne „coś”, ekran to miejsce wypełni — i zrobi to skutecznie, bo jest zaprojektowany dokładnie w tym celu. Pisałam o tym szerzej przy okazji raportu „Internet Dzieci 2026″.
Randka z tatą — konkretny pomysł do skopiowania
Mechanika jest banalnie prosta, a właśnie w tym tkwi jej siła. Dziecko dostaje zadanie: wymyśl scenariusz na wspólny czas z tatą. Nie rodzic planuje atrakcję — planuje ją dziecko.
Antek przygotował sześć propozycji. Adam wracał do domu, nie wiedząc, co go czeka, i sam był tego ciekaw — a syn był pomysłem wyraźnie podekscytowany. W rozmowie padły żartem koszenie trawy i wędkowanie; nie w tym rzecz, co konkretnie wypadnie. Rzecz w tym, że dziecko jest autorem.
Dlaczego to działa lepiej niż zaplanowana przez rodzica wycieczka? Bo odwraca role. Dziecko nie jest uczestnikiem programu, tylko jego twórcą — a to buduje sprawczość i sprawia, że wspólny czas przestaje być kolejnym punktem w rodzicielskim kalendarzu.
Intencjonalnie, a nie „jakoś samo”
Najważniejsze słowo z tej części rozmowy to intencjonalnie. Adam przyznał, że szukania wspólnych pasji zaczął się podejmować świadomie — nie licząc na to, że relacja zbuduje się sama.
Za tym stoi trzeźwa obserwacja: okno na zbudowanie tej płaszczyzny nie jest wieczne. Przyjdzie moment, w którym nastolatek po prostu nie będzie chciał — i wtedy będzie za późno, żeby zaczynać. Praca musi być wykonana wcześniej.
Uwaga: dla ojców młodszych dzieci to wygląda inaczej
Filip, ojciec dwóch dziewczynek w wieku przedszkolnym, zwrócił uwagę, że przy młodszych dzieciach problem jest zupełnie inny — nie „jak zbudować wspólną pasję”, tylko „jak przetrwać etap, w którym dziecko wybiera wyłącznie mamę”. O tym piszę osobno w tekście Dziecko woli mamę?
Warto to zestawić, bo pokazuje, że tacierzyństwo ma różne trudne momenty na różnych etapach — i każdy wymaga innej strategii.
Pięć pomysłów na wspólną płaszczyznę
Oddaj dziecku planowanie. „Wymyśl, co robimy w sobotę” działa lepiej niż gotowa propozycja rodzica.
Postaw na powtarzalność, nie na wielkie wydarzenia. Cotygodniowe pół godziny zbuduje więcej niż jedna wycieczka na rok.
Szukaj pasji, nie atrakcji. Wspólne wędkowanie, majsterkowanie czy granie ma przewagę nad jednorazowym wyjściem: da się do tego wracać.
Zacznij, zanim będzie trzeba. Najlepszy moment na budowanie płaszczyzny z nastolatkiem jest wtedy, gdy nastolatka jeszcze nie ma.
Nie konkuruj z telefonem — daj alternatywę. Ekran wygrywa z pustką, nie z dobrą relacją.
Najczęstsze pytania
Jak budować relację z synem przed okresem nastoletnim?
Świadomie i regularnie, szukając wspólnej pasji, do której da się wracać. Kluczowa jest intencjonalność — założenie, że relacja zbuduje się sama, sprawdza się u małych dzieci, ale przestaje działać, gdy dziecko wchodzi w wiek, w którym samo wybiera, z kim spędza czas.
Na czym polega „randka z tatą”?
Na oddaniu dziecku roli autora. Dziecko dostaje zadanie wymyślenia scenariusza wspólnego czasu, a rodzic go realizuje. Zmienia to układ sił: dziecko nie jest uczestnikiem programu, tylko jego twórcą.
Co zrobić, żeby nastolatek nie uciekał w telefon?
Zadbać o to, żeby miał dokąd uciekać zamiast tego. Telefon wypełnia przestrzeń, w której nie ma nic innego — wspólna pasja i nawyk rozmowy zbudowane wcześniej działają lepiej niż jakiekolwiek ograniczenia nałożone później.
Od jakiego wieku warto zacząć?
Im wcześniej, tym lepiej — ale najważniejszy jest moment, w którym zauważasz, że „samo bycie razem” przestaje wystarczać. To sygnał, że pora działać intencjonalnie.
Jeśli szukasz wspólnej płaszczyzny, która działa od najmłodszych lat i nie wymaga żadnych umiejętności — polecam muzykowanie. Sprawdza się z maluchem i ze starszym dzieckiem, a materiał do niego znajdziesz w aplikacji pomelody.
Jest w rodzicielstwie etap, o którym prawie nikt nie uprzedza ojców: dziecko przez wiele miesięcy wybiera mamę. Konsekwentnie, w każdej sytuacji, niezależnie od tego, jak zaangażowany jest tata. Gdy mama wychodzi z pokoju — płacz. Gdy wraca — natychmiast spokój. To frustrujące, bywa upokarzające i łatwo odczytać to jako porażkę. A jest zupełnie normalne i mija.
W jednym z odcinków podcastu pomelody Adam i Filip rozmawiali o tacierzyństwie bez upiększania — o tym, co w byciu ojcem jest naprawdę trudne. Ten wątek wybrzmiał najmocniej.
Filip, ojciec dwóch dziewczynek, opisał to bez owijania: przy młodszych dzieciach jest długi okres, w którym mama jest na wszystkim, a tata praktycznie nie istnieje. Zostaje sam z dzieckiem — płacz. Mama wychodzi — dramat. Mama wraca — wszystko wraca do normy.
Najbardziej frustrujące jest pytanie, które się wtedy pojawia: jesteśmy przecież równymi rodzicami, dlaczego on tak reaguje? Zaangażowanie nie ma tu nic do rzeczy. Można być obecnym, kompetentnym, zaangażowanym ojcem — i przez rok być tym „gorszym”.
Scena, którą zna każda mama i każdy tata
Najcelniejszy obraz z całej rozmowy: mama ma zajęte ręce, fizycznie nie ma jak się ruszyć. Tata siedzi pół metra dalej, wolny, gotowy. Dziecko podchodzi — do mamy.
Filip ujął to tak, że siedzi obok, ma świetny czas, czyta z dzieckiem książkę, a jego żona w tym samym momencie ma czas koszmarny. Madlena, mama chłopców, potwierdziła z drugiej strony: mówi dziecku „tu masz tatę”, a dziecko reaguje rozczarowaniem. I nie chodzi o to, że w tych domach panuje nierówny podział obowiązków — obaj podkreślali, że dzielą się po połowie. To dzieje się mimo równego podziału.
Dobra wiadomość: to się odwraca
W rozmowie wybrzmiało coś, co warto powtórzyć każdemu ojcu małego dziecka: ten etap ma koniec, a potem wahadło idzie w drugą stronę. Przychodzi moment, w którym dzieci lgną do taty — gdy dziecko płacze, przychodzi tata i to wystarcza.
Filip mówił wprost, że tym, co pozwoliło mu przez ten okres przejść, była wiara w to, co powtarzali wszyscy dookoła: że to naturalne i że w końcu się skończy. Tak też się stało.
Ojcowskie FOMO — drugi wielki temat
Adam, ojciec trzech chłopców, nazwał swoją największą trudność inaczej i bardzo szczerze. To lęk przed żalem: dziś nie mam siły, jestem zmęczony, wybieram co innego — a za pięć lat będę żałował, że nie spędzałem z nimi więcej czasu.
I dodał obraz, który zostaje w głowie: ogląda stare zdjęcia synów i nie zawsze potrafi rozpoznać, który to który. Nie dlatego, że był złym ojcem — po prostu byli do siebie podobni, a czas minął. Boi się, że to uczucie zostanie z nim na zawsze.
Madlena podsunęła pocieszenie: to uczucie towarzyszy chyba każdemu rodzicowi, a jedyną osobą, która może je naprawić, jest samo dziecko — kiedyś, w dorosłości, mówiąc „byłeś świetnym tatą”.
Co z tego wynika praktycznie
Nie odczytuj tego etapu jako oceny siebie. Preferencja dziecka wobec jednego rodzica jest zjawiskiem rozwojowym, nie recenzją Twojego zaangażowania.
Bądź obecny mimo odrzucenia. Relacja buduje się właśnie wtedy, gdy dziecko jeszcze tego nie okazuje. Przełom przychodzi do tych, którzy zostali.
Uprzedzaj o tym młodych ojców. Filipowi pomogło to, że wszyscy dookoła mówili „to minie”. Ta jedna informacja robi ogromną różnicę.
Nie odkładaj wspólnego czasu na później. „Później” jest dokładnie tym, czego dotyczy ojcowskie FOMO.
Szukaj wspólnej płaszczyzny wcześnie. O tym, jak robić to świadomie, zanim dziecko wejdzie w wiek telefonu, piszę osobno w tekście Randka z tatą.
Najczęstsze pytania
Dlaczego dziecko woli mamę?
To normalny etap rozwojowy, szczególnie wyraźny u dzieci młodszych. Dziecko przywiązuje się najsilniej do osoby, która zapewnia mu podstawowe poczucie bezpieczeństwa, i w sytuacji stresu wraca do niej odruchowo. Nie oznacza to ani słabszej więzi z drugim rodzicem, ani błędu wychowawczego.
Jak długo trwa etap, w którym dziecko odrzuca tatę?
Bywa różnie — z rozmowy wynika, że u młodszych dzieci potrafi to być długi okres, liczony w miesiącach, czasem dłużej. Kluczowa jest wiadomość, że ma on koniec i że po nim często następuje wyraźne odwrócenie: dziecko zaczyna szukać taty.
Czy to znaczy, że jestem złym ojcem?
Nie. W rozmowie obaj ojcowie podkreślali, że mówimy o domach z równym podziałem obowiązków, gdzie tata jest realnie obecny. Preferencja dziecka pojawia się mimo tego, nie z powodu.
Czym jest ojcowskie FOMO?
To lęk przed przyszłym żalem — poczucie, że dzisiejszy wybór „nie mam dziś siły” za kilka lat wróci jako świadomość zmarnowanego czasu. Nie da się go całkiem wyeliminować, ale najlepszą odpowiedzią jest regularna, choćby krótka obecność zamiast odkładania wszystkiego na „kiedyś”.
Jeśli szukasz sposobu na wspólny czas, który nie wymaga scenariusza ani sprzętu — wspólne muzykowanie sprawdza się od pierwszych miesięcy życia dziecka i działa niezależnie od tego, czy umiesz śpiewać. Znajdziesz je w aplikacji pomelody, a kilka gotowych pomysłów opisałam w tekście o dźwiękowych zabawach z dzieckiem.
Kontrola rodzicielska nie jest zamkiem — jest kaskiem. Konieczna podstawa, która jednak nie zastąpi rozmowy, bo dzieci znajdują obejścia szybciej, niż rodzice się o nich dowiadują. W drugim odcinku podcastu pomelody o raporcie „Internet Dzieci 2026” rozmawialiśmy o trzech furtkach, które zaskoczyły nas samych — choć wydawało nam się, że jesteśmy świadomymi rodzicami.
Furtka 1: WhatsApp jako „darmowy YouTube”
Jednym z najpopularniejszych kanałów na WhatsAppie wśród dzieci jest kanał z „darmowymi wideo z YouTube’a”. Brzmi absurdalnie — przecież YouTube jest darmowy. Sęk w tym, że „darmowy” znaczy tu: niewidoczny dla kontroli rodzicielskiej. Film udostępniony przez komunikator nie jest rozpoznawany jako YouTube, więc limity i blokady go nie łapią. Komunikator, którego formalnie dziecko poniżej 13. roku życia mieć nie powinno, staje się tunelem do wszystkiego, co rodzic próbował ograniczyć — a bywa, że to szkoła podsuwa pomysł klasowej grupy już w czwartej klasie.
Furtka 2: znikająca historia
Dziecko, które robi na komputerze coś poza dozwolonym zadaniem, po prostu przełącza okno, gdy rodzic podchodzi — a historia przeglądania jest wyczyszczona, zanim ktokolwiek do niej zajrzy. Obchodzenie zabezpieczeń bywa dla dzieci grą samą w sobie — dokładnie tak, jak dla poprzedniego pokolenia zgadywanie hasła do rodzinnego komputera. Jeśli strategia rodzica opiera się wyłącznie na nadzorze technicznym, przegra z ciekawością i sprytem — bo to wyścig zbrojeń, w którym po drugiej stronie jest nieograniczona motywacja.
Furtka 3: muzyka jako koń trojański
Serwisy streamingowe przestały być „tylko odtwarzaczami”: pojawiają się w nich mechanizmy społecznościowe, czaty i wideo. Do tego dochodzi zalew piosenek generowanych przez AI — utworów, których żaden dorosły wykonawca by nie nagrał, z wulgaryzmami wprost w refrenach, opakowanych w emocjonalne, chwytliwe brzmienie. Dziecko „słucha muzyki”, rodzic jest spokojny — a treść bywa gorsza niż to, przed czym chroniła blokada wideo. O tym, jak budować dziecku wartościowe środowisko muzyczne zamiast algorytmicznej sieczki, piszę na tym blogu od lat — m.in. w zestawieniu wartościowej polskiej muzyki dla dzieci.
Co działa zamiast wyścigu zbrojeń
Kontrola rodzicielska uzupełnia rozmowę — nie zastępuje jej. Ustawiamy ją zawsze — ale traktujemy jak kask na rowerze, nie jak opiekunkę.
Zamiast konfiskaty — ciekawość. Gdy dziecko samo opowiada, jak obeszło ograniczenia, najcenniejszą odpowiedzią jest spokojne „ciekawe” — bo utrzymuje relację, w której dziecko mówi prawdę. Konfiskata kończy tę rozmowę raz na zawsze.
Sprawdź, zanim odpowiesz automatycznym „nie”. Nowa gra? „Podaj nazwę, sprawdzę mechanizmy uzależniające i elementy hazardowe — i znajdę bezpieczne alternatywy.” Kosztuje czas, ale przenosi rozmowę z „wolno/nie wolno” na „dlaczego”.
Środowisko bez furtek tam, gdzie to możliwe. Dla młodszych dzieci najskuteczniejsza jest przestrzeń, w której nie ma czego obchodzić: muzyka i słuchowiska w aplikacji pomelody — bez reklam, czatów i „następnego wideo” — albo treści na ograniczonych nośnikach, które nie prowadzą dalej.
Pełną rozmowę — z liczbami z raportu, wątkiem dopaminy i dyskusją o tym, dlaczego pojedynczy rodzic czuje bezsilność wobec big techu — znajdziesz w artykule o raporcie „Internet Dzieci 2026” oraz w samym odcinku podcastu pomelody.
Według raportu „Internet Dzieci 2026” 81% dzieci w wieku 7–14 lat korzysta z internetu na własnym urządzeniu. Ponad połowę czasu online w tej grupie pochłaniają TikTok (29%) i YouTube (22%). Drugą najczęściej odwiedzaną witryną na urządzeniach mobilnych — zaraz po Google — jest serwis pornograficzny, z którym regularny, comiesięczny kontakt ma około jedna trzecia dzieci w tym wieku. Dla porównania: Librus, czyli „sprawdzę, co w szkole”, osiąga zasięg 14%.
O tym raporcie rozmawialiśmy w drugim odcinku podcastu pomelody. Zebrałam tu najważniejsze liczby, wnioski i strategie, które z tej rozmowy wyszły — bez panikowania, ale też bez udawania, że problemu nie ma.
Najważniejsze liczby z raportu „Internet Dzieci 2026”
81% dzieci w wieku 7–14 lat ma dostęp do internetu na urządzeniu, z którego samodzielnie korzysta (urządzenia mobilne i komputery); w starszej grupie wiekowej to już 99%.
80% tego korzystania odbywa się na urządzeniach mobilnych.
TikTok: 29% czasu spędzanego online, YouTube: 22% — razem ponad połowa. Formalnie serwisy społecznościowe są niedozwolone poniżej 13. roku życia; w praktyce to fikcja.
Najczęściej odwiedzane witryny na urządzeniach mobilnych w tej grupie wiekowej: Google, serwis pornograficzny (33% miesięcznego zasięgu), Allegro, Librus (14%), YouTube.
Szczyt korzystania z telefonów przypada po godzinie 13:00, po powrocie ze szkoły — często zanim rodzice wrócą z pracy. Dane pokazują, że telefony w szkole to problem w dużej mierze iluzoryczny: prawdziwe, niekontrolowane korzystanie zaczyna się w domu, bez nadzoru.
Dlaczego to tak działa na dziecko? Pułapka szybkiej dopaminy
W rozmowie wracał jeden wątek, ważniejszy od każdej pojedynczej statystyki: wpływ tych treści na rozwijający się mózg. Krótkie formy wideo zalewają mózg dziecka prymitywną, szybką dopaminą w takiej intensywności, że próg odczuwania czegokolwiek przesuwa się każdego dnia dalej. Mechanizm wymaga progresji bodźca: zaczyna się od „trochę poscrolluję”, a kończy na scrollowaniu, w którym nie czuje się już nic.
Dorosły zna to zjawisko z własnych zmagań z nałogami — i wie, jak trudna jest ta walka. Dziecko przechodzi przez to samo w okresie, gdy jego mózg jest najbardziej plastyczny, a pojęcia „dobrze mi to robi / źle mi to robi” dopiero się kształtują. I tu jest sedno: to nie jest kwestia siły woli ani „postanowienia sobie” — to mechanizm neurologiczny, zaprojektowany przez najlepiej opłacanych inżynierów świata po to, by zatrzymać uwagę jak najdłużej.
Internet jest jak ostry nóż — a my udajemy, że nie jest
Najczęstszy błąd, o którym rozmawialiśmy, nie dotyczy dzieci, tylko dorosłych: to naiwne założenie, że jeśli coś jest „dla dzieci”, to jest dobre. Że skoro na YouTubie są treści edukacyjne, to dziecko będzie z nich korzystać. Że kolorowa animacja z milionami wyświetleń nie może szkodzić.
Nóż jest narzędziem, którym pokroisz chleb — i narzędziem, którym zrobisz krzywdę. Pierwszym krokiem nie jest wyrzucenie wszystkich noży z domu, tylko uświadomienie sobie, że nóż jest ostry. Tymczasem najpopularniejsze produkcje „dla dzieci” są projektowane dokładnie tak samo jak TikTok: po to, żeby dziecko patrzyło jak najdłużej, bo czas uwagi to pieniądze. A małe dziecko jest najbardziej podatnym użytkownikiem, jakiego można sobie wyobrazić.
To była chyba najbardziej otrzeźwiająca część rozmowy. Kontrola rodzicielska jest konieczna — ale nie jest zamkiem, tylko kaskiem. W praktyce dzieci znajdują obejścia, o których większość rodziców nie ma pojęcia:
WhatsApp jako furtka do YouTube’a i TikToka. Jednym z popularnych kanałów na WhatsAppie jest „darmowe wideo z YouTube’a” — „darmowe” w tym sensie, że filmy udostępniane przez komunikator nie są wykrywane przez kontrolę rodzicielską jako YouTube. Ograniczenia przestają działać.
Usuwanie historii. Dziecko, które chce coś ukryć, po prostu czyści historię przeglądania. I nie ma co się łudzić — dzieci są w tym zaskakująco sprawne, a obchodzenie zabezpieczeń bywa dla nich osobną, wciągającą grą.
Muzyka jako koń trojański. Serwisy streamingowe wprowadzają mechanizmy społecznościowe, czaty i wideo, a fala piosenek generowanych przez AI przemyca treści, których żaden dorosły artysta by nie nagrał — z wulgaryzmami w refrenach włącznie, opakowanymi w emocjonalne, „romantyczne” brzmienie.
Wniosek nie brzmi „kontrola rodzicielska nie ma sensu”. Brzmi: kontrola rodzicielska to kask, nie opiekun. Kupujesz dziecku rower — kupujesz i kask, to oczywiste. Ale kask nie zwalnia z nauki zasad ruchu i z rozmowy o bezpieczeństwie.
Presja jest systemowa — i dlatego pojedynczy rodzic czuje bezsilność
Rodzic, który stawia granice, gra dziś przeciwko trzem siłom naraz. Po pierwsze — big tech z nieograniczonymi budżetami, lobbystami i mechanizmami projektowanymi przez najlepszych specjalistów od utrzymywania uwagi. Po drugie — system: zdarza się, że to szkoła sugeruje czwartoklasistom założenie klasowej grupy na komunikatorze, którego formalnie nie powinni jeszcze mieć. Po trzecie — rówieśnicy: „dlaczego wszyscy mogą, a ja nie?” to rozmowa, którą świadomy rodzic odbywa setki razy.
W tym wszystkim dziecko nie jest przeciwnikiem — i to jest chyba najważniejsze przesunięcie perspektywy z całej tej rozmowy. Dziecko jest w tej układance ofiarą. Prawdziwym przeciwnikiem jest model biznesowy, w którym czas i uwaga dziecka to towar.
Co realnie działa? Pięć strategii z rozmowy
Gdy dziecko samo się przyzna. Najcenniejszy moment to ten, w którym dziecko samo mówi, jak obchodzi się ograniczenia — a rodzic odpowiada „ciekawe” zamiast „oddawaj telefon”. Ta odpowiedź kosztuje dużo samokontroli, ale utrzymuje kanał, którym dziecko przyjdzie też z poważniejszymi sprawami.
Zacznij, zanim pojawi się kryzys. Świadomość, że treści mają znaczenie, buduje się od pierwszych miesięcy życia — od tego, co puszczamy dziecku w domu. Ten „mindset kuratora” nie znika, gdy dziecko ma 10 czy 12 lat; z czasem uczysz dziecko, by samo było kuratorem własnej uwagi. O tym jest w gruncie rzeczy całe wychowanie estetyczne, o którym pisałam w tekście o guście dziecka.
Zanim powiesz „nie” — sprawdź. Gdy dziecko prosi o nową grę, warta skopiowania jest procedura z rozmowy: „podaj nazwę, sprawdzę, czy ma mechanizmy uzależniające i elementy hazardowe” — a potem powrót z odpowiedzią i listą bezpiecznych alternatyw. To kosztuje czas. Działa właśnie dlatego, że kosztuje czas.
Mniej dostępu, więcej wyboru. Wartościowe treści spoza bezpiecznych aplikacji można dać dziecku na nośniku, który nie prowadzi dalej — bez algorytmu, bez autoodtwarzania, bez „następnego wideo”. Paradoks, o którym rozmawialiśmy: dostęp do wszystkiego wcale nie poszerza horyzontów, tylko serwuje sieczkę tego samego. Ograniczenie bywa bramą do różnorodności.
Pochwała ograniczeń — na głos. Podsumowanie całej rozmowy zmieściło się w dwóch słowach: edukacja i ograniczenia. Ograniczenia nie są porażką rodzica ani karą dla dziecka. Są warunkiem tego, żeby wybór w ogóle był możliwy.
Wypełnij próżnię, zanim zrobi to algorytm
Zakazy bez alternatywy zostawiają próżnię, którą natychmiast wypełnia algorytm. Dlatego w pomelody od lat budujemy bezpieczne środowisko muzyczne dla dzieci — aplikację z muzyką i słuchowiskami, w której nie ma reklam, mechanizmów uzależniających ani „kolejnego wideo”, oraz książki, które angażują bez ekranu. W tym roku Książeczka do śpiewania — pozycja, z której osobiście jestem najbardziej dumna — obchodzi swoje piąte urodziny. A przy okazji odcinka zdradziliśmy, że od dwóch lat pracujemy w tajemnicy nad zupełnie nowym projektem: bezpieczną alternatywą dla smartfona, łączącą technologię z mądrym rozwojem dziecka. Więcej wkrótce.
Najczęstsze pytania (FAQ)
Czy zakaz telefonów w szkole rozwiązuje problem?
W niewielkim stopniu. Z danych raportu wynika, że dzieci prawie nie korzystają z telefonów w szkole — szczyt użycia zaczyna się po godzinie 13:00, po powrocie do domu, często przed powrotem rodziców z pracy. Kluczowy jest więc czas domowy i nadzór (lub jego brak) właśnie wtedy.
Czy kontrola rodzicielska wystarczy?
Nie — ale to nie znaczy, że jest zbędna. Traktuj ją jak kask na rowerze: obowiązkowa podstawa, która nie zastępuje rozmowy o zasadach. Dzieci znajdują obejścia (komunikatory, czyszczenie historii), dlatego kontrola techniczna musi iść w parze z relacją, w której dziecko nie boi się mówić prawdy.
Od jakiego wieku dziecko powinno mieć smartfon?
Nie ma jednej odpowiedzi, ale jest jedna zasada warta zapamiętania z rozmowy: to decyzja, od której praktycznie nie ma odwrotu — raz danego smartfona nie da się „oddać”. Jeśli powodem jest kontakt, rozważ najpierw urządzenia bez otwartego internetu. I pamiętaj, że rynek nie ułatwia: urządzenia „tylko do dzwonienia” dla dzieci to nisza, bo nikt na nich nie zarabia twoją uwagą.
Co będzie następnym zagrożeniem po obecnych platformach?
Prognoza jest tu jasna: sztuczna inteligencja. Po raz pierwszy w historii dziecko może zapytać „kogoś” o wszystko — i dostać odpowiedź bez filtra, który naturalnie stosuje rodzic, dopasowując treść do wieku i gotowości dziecka. Warto działać proaktywnie: zasady korzystania z narzędzi AI ustalać już teraz, a nie po ukazaniu się kolejnego szokującego raportu.
Nie jestem niewolnicą jednej metody. Nigdy. Próbuje wielu rzeczy i zostaję przy tych elementach, które się sprawdzają. A jak napotkam coś, co można ulepszyć – to ulepszam. Tak w skrócie można podsumować ten wpis.
Chcę się w nim z Wami podzielić tym co robiłam (i robię nadal) z trójką swoich synów w wieku 3, 5 i 7 lat. Opowiem, krótko o tych rzeczach, które sprawdzają się w moim domu i wydawały mi się nawet nieco oczywiste…
dopóki się nie okazało, że nikt w okół mnie tak nie robi 🤪😂
Przeczytanie tego tekstu zajmie Ci nieco ponad 3 minuty – chyba że masz ochotę na film – wtedy opowiem lekko dłużej, ale ze szczegółami 🙂
1. Fajnie mieć ładne karty, ale ktoś je musi zrobić – czyli ruchomy alfabet, obrazki i komputer
Ruchomy alfabet to fantastyczna pomoc. I czuję, że jest jeszcze wiele innych sposobów na jego wykorzystanie, ale u nas sprawdza się przede wszystkim w takim oto zadaniu. Kiedy chłopaki dostają jakieś fajne naklejki, albo powycinają skądś ekscytujące ich obrazki to naklejamy je na kawałek papieru robiąc tym samym, hm… – nazwijmy go górnolotnie “kartą”. Następnie układam z ruchomego alfabetu wyraz przedstawiający to, co się na karcie znajduje. Wtedy otwieram chłopakom swój komputer z włączonym edytorem tekstu i ich zadanie polega na wklepaniu tego wyrazu na klawiaturze komputera. Wyrazy drukujemy, wycinamy i naklejamy na karty. Jednym słowem zaprzęgam dzieci do pracy nad tworzeniem pomocy edukacyjnych 😉
Prawdopodobnie w tym miejscu powinna nastąpić sugestia, że karty dobrze jest zalaminować, ale nie jestem jeszcze tak profesjonalną edukatorka domową 😉
Docelowe zadanie polega na wyjmowaniu kart w dowolnym momencie dnia i układaniu z alfabetu tych wyrazów. No i właśnie. Właściwie to oni tego nie czytają. Wiedzą jaki wyraz układają na podstawie obrazka. Ale jednak. Działa. A dlaczego?
2. Wesoło i naturalnie – czyli czytanie globalne, tylko lepiej!
Jeśli zdarzyło Wam się, że dziecko “odczytało” coś nie znając nawet literek (np. nazwę sklepu czy markę obuwia) to odkryliście już moc czytania globalnego. Dziecko patrzy na zapisane wyrazy jak na obrazy i po jakimś czasie zaczyna kojarzyć ich wygląd ze znaczeniem. Koncepcja globalnego czytania została opracowana w latach 60. XX wieku przez Glenna Domana i od tamtej pory stała się podstawą wielu metod nauki wczesnego czytania.
W moim domu czytaliśmy więc książeczki (często specjalnie w tym celu przygotowane) wskazując palcem na czytane wyrazy. Po jakimś czasie dziecko zapamiętywało treść i wygląd wyrazów, a następnie dochodziło do przekonania, że właściwie to już umie czytać. Ale, ale! Wiecie, że ja wiem (że Wy wiecie – hihi) iż łączenie słów z muzyką znacznie ułatwia ich zapamiętywanie! Moc muzyki wykorzystuję na codzień w Pomelody. A więc i w tym przypadku zapragnęłam nieco usprawnić nasze działania i tak powstała:
Metoda czytania przez muzykowanie, m.in. dzięki temu, że nie wymaga znajomości liter, może być stosowana już u bardzo małych dzieci – nawet tych, które nie zaczęły jeszcze mówić!
Czytaniem globalne nie wyeliminuje zupełnie procesu rozpoznawania pojedynczych liter, sylab i ich syntezy. Jest jednak doskonałym i niezwykle zachęcającym startem. A połączone z muzyką po prostu wchodzi samo.
Prawie 100 tys. dzieci w Polsce zupełnie naturalnie i radośnie nauczyło się rozpoznawać literki z Abecadłem pomelody – zobaczymy co wydarzy się tym razem 🙂
3. W parze łatwiej – czyli czytanie sylabami.
Trzeci sposób, który dobrze się u nas sprawdza to metoda sylabowa. Chodzi o to, by nie uczyć się czytać liter w odosobnieniu i kiedy tylko dziecko rozpoznaje już brzmienie liter, łączyć je od razu w sylaby. Do tego zadania posłużyły nam lata temu dwa papierowe kubeczki i ten koncept (a nawet ten pierwszy kubeczek!) został z nami po dziś dzień.
W jednym kubeczku wycinamy małe okienko i dopisujemy za nim jakąś samogłoskę – np. “A”. Na drugim kubeczku piszemy kilka liter na takiej wysokości, by widoczne były przez okienko, gdy będziemy obracać wewnętrzny kubek.
Myślę, że to dobry moment, by polecić także dwie inne pomoce czytelnicze:
Gra “Bójka na czytanie”.
Koncept znów lekko inny, niż takie klasyczne czytanie. Należy dopasować do siebie karty z tym samym elementem, ale jeden z nich może być wyrażony słowem, a drugi obrazkiem.
Seria “Czytam sobie”.
To urocze książeczki o trzy poziomach trudności, które zrobione są tak, że naprawdę zachęcają do czytania sobie. Dla czytającego już dziecka to najfajniejsza seria jaką znam. Tematyka książeczek zupełnie różnorodna, świetne ilustracje tworzone przez różnych artystów, z tyłu dyplom, naklejka. Poczucie osiągnięcia sukcesu gwarantowane.
Gdy na moim Instagramie, w książce czy tu na blogu mowa o wychowaniu przez sztukę, nie mam wcale na myśli biografii artystów, tytułów dzieł czy nazw prądów i kierunków. Tak samo, gdy piszę o muzyce, to najczęściej o #wychowanieprzezmuzykowanie, a nie wychowaniu przez teorię muzyki, nutki, wiedzę o kompozytorach czy formach muzycznych. (Może więc #wychowanieprzezsztukowanie byłoby jakimś wyjściem ;))
Wierzę – oraz wynika to z moich pedagogicznych doświadczeń – że gdy człowiek (również ten mały) czegoś doświadczy, to potem znacznie łatwiej przychodzi mu nazwanie tego i skategoryzowanie, niż gdy zrobimy to w odwrotnej kolejności. Dlatego wprowadzam swoje dzieciaki w świat w sztuki aktywnie, a w tym wpisie podsuwam kilka pozycji książkowych, które są do tego idealną pomocą. Na końcu znajdziecie też wideo, w którym opowiadam więcej i zachwycam się werbalnie!
1. Bajki dźwiękowe /HarperCollins
Na ogół mam z „grającymi książeczkami” spory problem. To, że głośniczki w nich wbudowane są zbyt małe, żeby zapewnić jakąś dobrą jakość dźwięku jest raczej oczywiste, ale dlaczego wgrane w nie dźwięki są zazwyczaj tak złe? Nie mam pojęcia. Tutaj okazuje się, że jednak się da! Zrobić książeczkę tak, by opowieść mogła być ilustrowana zarówno dobrą skomponowaną do tego celu muzyką, jak i dobrze dobranymi efektami dźwiękowymi. I wtedy naprawdę zaczyna się dziać magia, gdy słychać, jak Alladyn pociera lampę, a poparzony wilk przy akompaniamencie energicznej, lekko komediowej muzyki ucieka z murowanego domku świnki, wykrzykując „au au auuuuuu“. W ramach serii dostępne są: Aladyn, Kot w butach, Czerwony Kapturek, Księga dżungli, Trzy małe świnki.
2. Sing-along books czyli Książeczki do śpiewania /wyd. BarefootBooks
Myśląc o takich dedykowanych jednej piosence (ale tak, by przy tym piosenka była w świetnej aranżacji, a ilustracje wartościowe i pociągające) jakiś wybór jest, ale raczej w języku angielskim. Tu moim wieloletnim faworytem jest BarefootBooks – to już można przepaść po prostu, każda książeczka, każda piosenka i każda aranżacja są po prostu bardzo dobre! Do obczajenia na ich kanale YouTube.
3. Książeczka do śpiewania / Pomelody
Niby każda sroczka swój ogonek chwali, ale Książeczką do śpiewania pochwalić się po prostu muszę. To w mojej ocenie absolutnie najlepszy produkt Pomelody, jaki kiedykolwiek zrobiliśmy. Ogrom wiedzy o teorii muzyki, praktyczne ćwiczenia, które przez zabawę uczą dziecko wartości rytmicznych, rozwijają poczucie rytmu czy umiejętność czystego śpiewu, a do tego przepiękne, kolorowe wydanie na kartonowych stronach – idealna pozycja zwłaszcza dla maluchów w wieku 3-6 lat. Tu wraz z Oleną mówimy więcej o tym, dlaczego Książeczka jest WOW:
Do książeczki stworzyliśmy też kompletny instruktaż wideo, w którym pokazujemy, jak wykorzystać to doskonałe narzędzie do naturalnej edukacji muzycznej. Sami zobaczcie jedną z 8 lekcji dostępnych na naszym kanale na YT oraz w naszej aplikacji (za darmo!).
4. Karty memo z dźwiękiem / Pomelody
A tu nieco inny skarb do wychowania przez sztukę: karty MEMO z dźwiękiem. Coś do zabawy i do nauki zarazem. W pudełku znajdziecie 64 karty (32 pary) z obrazami, a na nich – wizerunki różnych instrumentów. Ale! Prawdziwym smaczkiem są… dźwięki tych instrumentów, których można słuchać w aplikacji pomelody. Można szukać par jak w klasycznej grze memo, można też słuchać dźwięku i odnajdywać instrument na obrazie. Jeśli nie wiecie, jak brzmią dudy, lutnia czy fletnia pana – gorąco polecam!
5. Art Snap /Usborne
To bardzo prosta gra polegająca na wykładaniu kart z ręki i obserwacji, czy na stole znajdą się dwie takie same. Jeśli tak, gracz krzyczy „snap” i je zabiera. Koncept jest tak przyjemnie prosty, że grać można z maluchami. A skoro już gramy w nimi w karty 😉 to niechaj one będą ładne i nieoczywiste.
6. Maluję. Zeszyt do kolorowania. Polscy malarze /BOSZ
Podobno Bach uczył się komponowania przepisując dzieła Palestriny. To jest właśnie taki zeszyt do nauki malarstwa poprzez kopiowanie wielkich malarzy, choć – rzecz jasna, wykorzystać można go dowolnie.
Kreatywność i tworzenie rozłożone na czynniki pierwsze. Są to książeczki do ćwiczenia kreatywności. Nie, że jakieś tam wielkie techniki plastyczne – wystarczy ołówek/kredki/farby. A do tego (TAK!) naklejki! Nietuzinkowe. Jestem wielką fanką Agaty Królak – autorki wszystkich tych pozycji. Warto też zaznaczyć, że od czasu do czasu pojawiają się one w Biedronce.
8. I spy An Alphabet in Art /wyd. HarperCollins
Pozycja po angielsku, albo doskonała inspiracja na wykorzystanie albumów z reprdukcjami (jeśli takowe się znajdą w domu) lub po prostu obrazów wyszukanych w internecie. Książka ta to połączenie albumu malarstwa z popularną zabawą „I spy with my little eye” – czyli mówimy o tym co zauważyliśmy posługując się np. pierwszą literą nazwy tego przedmiotu. Oczywiście wariacji jest mnóstwo – widzę coś okrągłego, coś czerwonego, coś czego jest trzy sztuki itd. W związku z tym prócz alfabetu w tej serii ukazały się także: Numbers in Art oraz Shapes in Art.
Uff, mamy to. Polecajki są naprawdę od serca, a jeśli chcecie zobaczyć, jak świecą mi się oczy, gdy o nich opowiadam, to voila – oto wideodokumenatacja:
PS. Na zdjęciu głównym jesteśmy w komplecie – w trakcie codziennego muzykowania i sesji dla ch_unity. Za aparatem niezastąpiona Marta Zgrajka. ❤
Ej, pamiętacie jak nonszalancko (i trochę w zasadzie bezmyślnie – powiedzmy sobie to szczerze) obiecałam, że stworzę pełną wersję “Fantazji” z Abecadła? OMG. Powiem Wam, że musiały minąć MIESIĄCE rozmyślań i bujania się na huśtawce pt. “Zrobię! – Nie, nie dam rady – Kurde, zrobię! – Nie, no nie ma opcji…”, żeby namierzyć uciekinierkę Wenę. Biegałam wtedy po ścieżkach Inspiracji i nawoływałam. Opowiem Wam zatem dzisiaj, jak wygląda mój inspiracyjny szlak i – czy pełna wersja “Fantazji” rzeczywiście powstała.
Jak się reklamuje inspiracja
Czego słucham? Co oglądam? Co pomaga mi znaleźć inspiracje? Zdziwicie się, ale lubię oglądać… piękne reklamy. Serio. Bywają zupełnie różne, ale dziś pokażę Wam 3 i zacznę – fanfary! – od reklamy pralki! Taaaa-daaaam! Ona mnie wyrywa z dołka twórczego i życiowego. Trochę patetycznie to brzmi, ale zobaczcie sami, to jest przecież magiczna opowieść o podwodnym życiu! Nie można się nie zakochać i… nie zainspirować. Ona ma MEGAKONCEPT!
Kolejna, najulubieńsza, wszyscy w Pomelody musieli ją obejrzeć, bo kocham miłością wielką i bezgraniczną. Ogólnie uwielbiam reklamy perfum, ale ta jest… no, sami zobaczcie. Całą, pamiętajcie, by obejrzeć caluteńką (tak, wiem, ile trwa!). Ale zastanówcie się, jakie trzeba mieć jaja, żeby w ten sposób reklamować perfumy!
Ostatnia z tej serii jest tak pokopana, że nie napiszę nic więcej, tylko zostawię Wam link i powitam Was po mojej stronie lustra. Czekałam tu na Was, rozgośćcie się!
Drugi regalik: kanały, podcasty, książki
Są takie rzeczy, które są tak bardzo poryte, że otwierają mózg na jakieś niedostępne dotąd światy. Dla mnie takim totalnym umysłowym BUM jest kanał na YT oraz na Instagramie NOWNESS. Musicie to poznać, bo… no musicie.
A dlaczego i co najbardziej oraz CO JESZCZE, to Wam już powiem w filmiku, bo przecież wszyscy jesteśmy rodzicami i wiadomo, że czasu na lekturę (nawet tego wpisu) mamy jak na lekarstwo. Oglądajcie, ale – zajrzyjcie też w tym wpisie pod film, bo tam Wam powiem, co z tą “Fantazją”!
Fa-fa-fantazja
Wiecie, co jest najlepsze w inspiracjach? To, że działają. Dlatego dziś mogę Wam też powiedzieć, że skomponowałam pełną wersję “Fantazji” i… pojawiła się ona w Pomelody Śpiewniku Polskim cz. 3 – możecie go kupić, włączyć, posłuchać “Fantazji” i pomyśleć sobie, że warto spacerować po szlakach różnorodnych inspiracji, by dogonić Wenę. Takich szalonych, kreatywnych, zaskakujących, nieprzewidywalnych i kolorowych biegów Wam właśnie życzę! 🙂
Uważam, że skrajności nie są dobre. Dlatego nie stoję ani po tej stronie, gdzie dziecięca twórczość ma być podporządkowana gustom rodzica, ani tam, gdzie z obawy przed zzewnątrzsterownością nie chwali się prac dzieci wcale. Gdy patrzę na dzieła moich synów, w większości po prostu jestem dumna – dają mi niekłamaną przyjemność estetyczną. Jak spotykam dzieło, które mi się podoba, to chwalę jego twórcę. Naturalne, co nie?
Kaganiec poprawności
Tzw. poprawność wychowawcza, w imię której niektórzy komentują wyłącznie ilość pracy, jaką dziecko włożyło, wydaje mi się skrajnością i ograniczeniem. To jawny kaganiec. Heloł, przecież taka postawa odbiera wolność spontanicznych reakcji (wowów, achów, westchnień!) i prawdziwego przeżywania sztuki. Nie o takie #wychowanieprzezsztukę walczymy, serio.
A jak nie wiecie, o jakie walczymy, to… Fotka z moją książką poniżej, a link tutaj (lokowanie produktu zakończone 😉 ).
Jak więc widzę „złoty środek”? Dla mnie to mądre, szczere i i pełne entuzjazmu pochwały. Nie suche: „O, użyłeś niebieskiej kredki” czy „Wygląda na to, że bardzo się starałeś”, ale też nie nic nie wnoszące warsztatowo: „Bardzo ładny rysunek”.
Zawsze jest coś, co można docenić. No bo jak się na ten przykład nie zachwycić, gdy dziecko, patrząc na rodzica:
Gdy dziecko przybiega do nas ze swoją pracą, kluczowy wydaje mi się mój entuzjazm oraz okazane zainteresowanie. Zazwyczaj wtedy maluch sam zaczyna wtedy opowiadać o swoim dziele, a ja go słucham i zwracam uwagę na szczegóły. Używam wtedy wypowiedzi:
Piękny efekt! czy ten element namalowałeś pastelami?
Jakie świetne połączenie kolorów!
Czy widziałeś, gdzieś taki pojazd czy jest on z Twojej wyobraźni?
Wspaniałe są te małe plamki – bardzo precyzyjna robota!
Staram się nie opisywać i nie dopytywać, co jest na rysunku. Zresztą, sam autor pracy często nie czuje potrzeby analizowania – to było malowanie, jest efekt, ta-dam! Nie ma konieczności klasyfikacji i oceny dzieła.
Czasem dzieci pytają wprost: „Podoba Ci się?”. Opowiadam wtedy: „Bardzo!” i szczerze wskazuję na to, co warto docenić (np. detal, wysiłek czy moje subiektywne odczucia). Brzmię wówczas np. tak:
Szalenie podobają mi się te kolory!
To połączenie było bardzo czasochłonne, ale wyszło świetnie!
Bardzo sprytnie namalowałeś to tło!
Ta uśmiechnięta postać wprawia mnie w dobry nastrój!
Pokazuję tym sposobem moje podejście do odbioru sztuki i świata w ogóle. Będąc np. w muzeum, kontempluję to, co podoba mi się w danym obrazie czy obiekcie i tak samo robię z pracą dziecka.
Ingerować czy nie?
Czy ingeruję w prace moich dzieci? Powiem Wam wprost: zdarza mi się. Zwłaszcza, jeśli dziecko wdraża mnie w swoją koncepcję. Dlatego mówię np. „Jeśli chcesz nieco ożywić ten obraz, możesz użyć jakiegoś ciepłego koloru, np. czerwonego”. Zawsze jednak na koniec odbijam piłeczkę: „A Tobie się podoba?”. Pamiętam, że przecież mówiłam o swoich odczuciach i swoich upodobaniach, a niczego nie mam zamiaru wymuszać. Nie o tym jest przecież tworzenie. Nie chodzi o moją radość, ale przede wszystkim – o radość dziecka. O, taką właśnie jak ta! 🙂
Tam, gdzie wychowanie przez sztukę, tam też piętrzące się „skutki uboczne”, czyli prace małych artystów. Często z przymrużeniem oka nazywam je „dziełami”, choć prawdę mówiąc, nie uważam, że sztuką jest coś, co powstało przypadkowo w zabawie. Czy warto przeznaczyć osobne pomieszczenie na prace naszego dziecka lub wytapetować nimi salon i jadalnię? Jak oceniać? Pytać, klaskać, wieszać na ścianie? Opowiem Wam, jak to jest u nas.
Jak się wychowuje przez sztukę
Wiem, jak się czujecie, gdy rozpromieniony maluch przybiega do Was ze swoim nowym obrazem, wydzieranką czy rzeźbą przestrzenną. Wiem, jaki dumny potrafi być z wielkiej czarnej plamy na białej kartce papieru. Wiem, że wyglądacie wtedy tak:
To zupełnie naturalne, serio. 😉 Sama w końcu na swoim Instagramie wielokrotnie pokazuję Wam artystyczne aktywności moich synów. Cieszą mnie i fascynują, niezależnie od tego, czy są wynikiem farbowanej waty rzucanej o ścianę, jak tu:
Zachęcając Antka, Stefka i Józka do twórczej aktywności, „dzieł sztuki” siłą rzeczy mam potrójnie dużo.
Czy je zachowuję? Tak.
Czy je wyrzucam? Tak.
Zgadza się: obie odpowiedzi są prawidłowe. Aby nie zwariować, ważny jest bowiem sam „mechanizm selekcji”.
Między koncepcją a bazgrołami
Wyjaśnijmy sobie jedno: dostrzegam ogromną różnicę między „rodzącą się sztuką” a swobodnym „bazgraniem”. Pierwsza sytuacja jest dla mnie wtedy, gdy dziecko materializuje jakąś koncepcję twórczą (np. maluje do muzyki to, o czym wg niego opowiada utwór). Druga – gdy eksploruje jakąś technikę lub po prostu ćwiczy, doskonali warsztat.
Czy daję się ponieść emocjom, wybucham zachwytem i podkreślam wysiłek twórczy, który chłopcy włożyli w swoje „dzieło”? Oczywiście – ale: tylko w przypadku sytuacji nr 1, czyli „rodzącej się sztuki”.
Co robię więc w przypadku ćwiczeń i zwykłego doskonalenia warsztatu? Nie podsycam atmosfery wyjątkowości takiej pracy. I już. To takie proste. Czasem to przecież jedynie kartka, na której testowaliśmy jakąś technikę lub uczyliśmy się, jak najdokładniej narysować okrągłą pomarańczę.
Może być więc tak, że trzy pierwsze kartki zachlapane farbą na wzór action painting nie wywołują u nikogo ani grama przywiązania, by nagle czwarta okazała się realizacją jakiejś koncepcji, co sprawia, że niełatwo będzie się z nią później rozstać. Moim zdaniem, bycie towarzyszem dziecka w doświadczaniu tworzenia jest kluczem, który otwiera nas na zrozumienie, czym ta praca (a raczej jej końcowy efekt) jest dla dziecka.
Kiedy wyrzucam, a kiedy zostawiam
W ciągu ostatnich kilku lat Antek, Stefek i Józek stworzyli jakieś milion „dzieł sztuki”. Albo dwa miliony, sama nie wiem. Niektóre z nich podobają mi się jednak szczególnie i wtedy je przechowuję, dla własnej przyjemności, dopisując z tyłu imię dziecka i datę. Ba, kilka z nich wisi nawet oprawionych, nie tylko u nas w domu, ale też w biurze Pomelody!
Widzę też, że na niektórych pracach zależy z kolei moim synom. Niezależnie od powodu – mogą je wtedy powiesić, każdy na swoim sznurku (i przypiąć klamerkami) albo włożyć do jednej małej specjalnie na to przeznaczonej szuflady.
ALE! W większości przypadków skupiamy się po prostu na radości samego tworzenia i po skończonej aktywności, zwyczajnie wyrzucamy te rzeczy. Dziecięce rysunki nie są przez nas traktowane jak świętość czy coś nietykalnego – bardziej jak pole do doświadczeń. Cały czas pamiętam jednak, że to przestrzeń, nad którą pełną kontrolę ma właśnie dziecko.
Dzięki temu, że w moim domu dziecięcych prac jest naprawdę dużo, mogę zwrócić uwagę na takie ich aspekty jak:
proces tworzenia
podejmowanie kolejnych prób
eksperymentowanie
Większość z nich ląduje w koszu tuż po skończeniu, dlatego jestem też w stanie dostrzec te momenty, w których czysta ekspresja przechodzi w konkretny komunikat, gdy rodzi się jakiś wcześniej sprecyzowany zamysł, który potrzebuje spotkać się z drugim człowiekiem – odbiorcą. Tego nie da się zauważyć, gdy dziecko jest przyzwyczajone, że wystarczy jego jedno pociągnięcie pędzlem, a dorośli od razu je oklaskują (oczywiście poza tym „pierwszym razem”, gdy dziecko wzięło pędzel do ręki).
Przykład idzie z góry – czy tego chcemy, czy nie – dlatego nieraz dzieci „nokautują” nas naszymi własnymi tekstami. Wielokrotnie słyszałam, jak mój najstarszy syn mówił: „Nie, muszę zacząć jeszcze raz, bo to mi kompletnie nie wyszło”, z dokładnie taką samą intonacją, z jaką mówiłam to wcześniej ja. I bardzo dobrze, bo nie każdą kreska postawiona przez nasze dziecko jest dziełem sztuki.
Kiedy uczymy się rysować konia, a wychodzi nam raczej skrzyżowanie lwa z hipopotamem, to po prostu nie jest to dobry rysunek. Bylibyśmy zdezorientowani, gdyby ktoś wszedł, rzucił okiem na te nieudane szkice i powiedział: „WOW! Wspaniały koń! No wypisz, wymaluj – koń!”. Nie róbmy więc tego naszym dzieciom. 🙂
Chyba na każdy z tych tematów pisałam już całkiem obszernie w różnych wpisach. Ale wiadomo… 😉
Tutaj więc zebrałam 10 najczęściej zadawanych mi pytań na temat umuzykalniania dzieci i odpowiedziałam w takiej pigułce w jakiej tylko umiałam. A kto temat chce rozwinąć niech się czuje zaproszony do poszperania na tym blogu!
1. Czy dziecko potrzebuje muzyki?
Odwróciłabym lekko to pytanie i sama zadała następujące: czy dziecko potrzebuje języka? Tego chyba nigdy nie poddajemy w wątpliwość, bo jasne jest dla nas, że język pełni funkcję komunikacyjną oraz ekspresyjną. Chcemy, by maluch mógł porozumieć się z innymi i czerpać przyjemność z budowania relacji jaka z tego wypływa. Chcemy również, by dziecko mogło wyrazić siebie: to co czuje, myśli, kim jest. Zapominamy jednak, że z muzyka jest językiem. Powiedziałabym nawet, że jest pierwszym językiem dziecka. Jeszcze na długo zanim wypowie ono pierwsze zdania, komunikuje i wyraża się melodią, rytmem, pulsem, pauzami – tym wszystkim co buduje potem jego język ojczysty, ale zanim przybierze tę formę jest po prostu muzyką. Jest to jeden z najbardziej przekonujących mnie osobiście argumentów: każde dziecko rodzi się z „talentem” muzycznym, choćby po to, by nauczyć się mówić.
2. Jak muzyka wpływa na rozwój dziecka?
Obszary wpływu muzyki na rozwój można by wyliczać godzinami. Dotyczą one: stymulowania pamięci, IQ oraz inteligencji emocjonalnej, rozwiązywania problemów, wspomagania nauki przedmiotów ścisłych, języków, umiejętności czytania ze zrozumieniem, rozładowywania napięć, rozwoju umiejętności społecznych. Muzyka wpływa na dziecko w sposób niesamowicie holistyczny, ponieważ oprócz stymulowania mózgu, wyobraźni czy kompetencji społecznych jest nierozerwalnie związana także z rozwojem ruchowym. Muzykowanie – czyli aktywne tworzenie muzyki jest czynnością absolutnie wyjątkową stymulującą obie półkule mózgowe równocześnie.
3. Jak zaszczepić w dziecku miłość do muzyki?
Znów nieco odwróciłabym perspektywę, bo prawdziwe pytanie to jak tej miłości w dziecku, które przychodzi na świat nie zabić! Miłości do muzyki nie trzeba dziecku wpajać. W okresie sensytywnym na muzykę czyli do ok. 4 roku życia (gdzie najważniejsze jest pierwsze 12 miesięcy!) całe ciało dziecka pragnie muzykować i potrzebuje tego. Ważne jest, by mu to umożliwić, a że dziecko wszystkiego uczy się poprzez naśladowanie swoich autorytetów (którymi w tym okresie są rodzice lub opiekunowie) to jedyne o co należy zadbać to, by maluch miał okazję do obserwowania muzykującego dorosłego, by następnie mógł go naśladować. Dokładnie tak samo jak to się dzieje z nauką chodzenia, mówienia czy jedzenia, bo w swojej istocie muzykowanie jest tak samo naturalną umiejętnością.
4. Jaka muzyka najlepsza jest na początek, proste piosenki czy klasyka?
Tutaj warto pomyśleć o muzyce jak o jedzeniu. Wyobraźmy sobie, że jedyna potrawa jaką serwujemy dziecku to hamburger. Hamburger na śniadanie, hamburger na obiad i kolację. Nie jest to zbilansowana dieta, którą rodzic z przekonaniem zastosuje u malucha.
Analogicznie – niestety – większość tzw. „muzyki dziecięcej” skomponowana jest w metrum dwudzielnym ( czyli „um-pa-um-pa”) i tonacji durowej (czyli tej „wesołej do-re-mi-fa-sol-la-si-do”). Większość piosenek, które kategoryzujemy jako „dziecięce”, brzmią po prostu tak samo!
Kiedy tworzyłam Pomelody chodziło mi właśnie o to, by w jednym miejscu znajdował się zbiór piosenek, które sprawią dziecku radość, ale nie będą dziecięce – jeśli pod tą nazwą kryje się to, że wszystko może być tandetne i „na jedno kopyto”. I nie chodzi tu tylko o melodię i rytm. Muzyka Pomelody zrywa z tradycyjnym podejściem do utworów dziecięcych, ale są pisane „jak dla dorosłego”. Albumy zostały zaprojektowane w taki sposób my maksymalnie stymulować rozwój wyobraźni, zmysłów i wrażliwości dziecka poprzez zróżnicowanie tonalne, rytmiczne, stylistyczne oraz szeroką gamę barw, form, instrumentariów. Jednocześnie wiedząc, że dziecko uczy się poprzez naśladowanie swoich autorytetów, muzyka ta jest stworzona w taki sposób, by sprawiała przyjemność w odbiorze również rodzicowi.
Różnorodne doświadczenia muzyczne tworzą więcej połączeń nerwowych w mózgu, kształtują zmysł estetyczny dziecka i zapewniają mu wszystkie „muzyczne składniki odżywcze” do tego, by mogło zdrowo się rozwijać.
5. Co to znaczy wartościowa muzyka?
Gdy piosenki są w różnych stylach i aranżacjach, czerpią z wielu kultur muzycznych, naturalnie wnosi to bogactwo w warstwie melodycznej (różnorodność skal i tonacji) rytmicznej (różne metra i rytmy) i instrumentalnej (różnorodne instrumentarium). Przeciwieństwem bogatego muzycznie środowiska będzie więc muzyka, która: zawsze brzmi tak samo, jest uboga brzmieniowo, jest prymitywna w formie, jest tylko wesoła, jest tylko „na dwa”
A taka niestety otacza nasze dzieci w znakomitej większości. Atakuje maluchy z radia, telewizji, bajek, plastikowych zabawek, YouTuba. Często będąc jeszcze okraszona jakąś fatalną animacją….
Należy więc wybierać muzykę zróżnicowaną, ale warto też pamiętać o tym, że rodzic jest autorytetem dziecka – również muzycznym! A więc to od modeluje zachowania w stosunku do muzyki. Nie chodzi o to, by puszczać dziecku Mozarta, gdy samemu się go nie trawi. Dziecko w mig zdemaskuje tę hipokryzję.
6. Co jest ważniejsze: słuchanie muzyki czy gra na instrumentach?
Słuchanie wartościowej muzyki to wspaniała czynność wpływająca na nastrój i stymulująca mózg, ale magia i prawdziwy rozwojowy potencjał zaczyna się wtedy, gdy tworzymy muzykę, a nie tylko biernie jej słuchamy.
7. Co jeżeli rodzic nie umie śpiewać ani grać na żadnym instrumencie?
Dziecko talent muzyczny ma w sobie. Choć znacznie bardziej wolę posługiwać się słowem „potencjał”, jako że słowo „talent” już samo w sobie sugeruje, że jest rzadkością i przytrafia się nielicznym. Rodzic właściwie tylko zapewnia odpowiednie warunki do tego by dziecko mogło się swobodnie rozwijać, by chciało śpiewać i tańczyć dlatego, że rodzic pokazał mu, że jest to tak naturalne jak mówienie czy chodzenie. I ostatecznie maluch prędzej nauczy się czysto śpiewać naśladując fałszującego rodzica niż jeśliby w ogóle tego przykładu idącego z góry nie miał.
8. Czy trzeba chodzić na zajęcia umuzykalniające?
Zajęcia umuzykalniające to bardzo fajny sposób spędzania z dzieckiem radosnego, wypełnionego muzyką czasu. Ale nie zastąpią one naturalnego rozwoju muzycznego, który odbywa się w relacji dziecko-rodzic cały czas. Dokładnie tak jak maluch musi być zanurzony w języku w sposób ciągły – nie chodzimy przecież raz w tygodniu z niemowlęciem na zajęcia języka polskiego, tak samo muzykowanie musi stać się naturalnym elementem życia. Zajęcia umuzykalniające są więc po to, by dać rodzicowi narzędzia: piosenki, inspiracje, pomysły na muzyczne zabawy, które rodzic będzie stosować w kontekście życia codziennego. Dobre zajęcia umuzykalniające to takie, po których rodzic wyjdzie zachęcony, zainspirowany i wyposażony w gotowe rozwiązanie by ten radosny stan swobodnego muzykowania trwał w domu.
9. Co jeśli dziecko odziedziczyło po rodzicach brak słuchu muzycznego?
Był taki czas, gdy całą odpowiedzialność zrzucało się na geny, jednak teraz coraz więcej mówi się o ogromnej roli środowiska i wychowania. Porównałabym to do nasionka potencjału muzycznego. Każde dziecko rodzi się z takim nasionkiem – niektóre są malutkie, inne całkiem sporych rozmiarów – i to jest ten element, który rzeczywiście zależy od genów. Ale nasionko zostaje posadzone w ziemi i od tej pory liczy się już tylko bogate środowisko czyli odpowiednia gleba, ilość światła i wody i pewnie wiele innych rzeczy, których nie pamiętam z biologi. Chodzi jednak o to, że nawet bardzo wielkie nasiono przy nieodpowiednim środowisku nie będzie rozwijać swojego pełnego potencjału. A jednocześnie bardzo mały potencjał muzyczny może zostać rozwinięty w kochającego muzykę dorosłego, który czysto śpiewa i rytmicznie się porusza, a przede wszystkim świetnie się przy tym bawi.
10. Jak nie wychować dziecka na fana disco-polo?
Wróćmy do analogii do diety. Gdyby dać dziecku wybór prawdopodobnie codziennie chciałoby jeść tylko słodycze czy rzeczone hamburgery. Ale na początku to my decydujemy o tym co jest dla dziecka właściwe. Nie przyprawiamy pierwszych dań, które podajemy maluchowi rozszerzającdietę bowiem chcemy, by jego kubki smakowe „pracowały” rozpoznając i uwrażliwiając się na różne smaki. I tak właśnie się dzieje – maluch przeżywa każdy nowy „odcień smaku”. Jeśli jednak zaczniemy wszystko solić i wzmacniać bardzo szybko okaże się, że właściwie nic niedoprawionego do granic możliwości już mu nie smakuje – ale przyzwyczajony jest do prostego, intensywnego pobudzenia. Niestety dziecięce piosenki typu disco-polo jest dokładnie takim przesolonym posiłkiem, od którego uzależniamy się bardzo szybko, który zaspokaja nas szybko, ale tylko na chwilę i nawet nie orientujemy się kiedy – przytłumia nasze zmysły, a co najgorsze zmysły maluszków, które właśnie są na etapie rozwoju, kształtowania, poszukiwań i odkryć. Kluczem do sukcesu jest więc unikanie „muzycznego fast-food’u”. Nie ma oczywiście co się nadmiernie tematem stresować, ale na pewno warto skupić się na tym, by muzyka jaka otacza dziecko na codzień była po prostu bogata i wartościowa. Wtedy nawet ten muzyczny hamburger raz na jakiś czas nie zaszkodzi.