„Dzisiaj wychowuje się dzieci inaczej”.

Niejednokrotnie w swojej krótkiej jak dotąd, matczynej karierze, stwierdzałam z zaskoczeniem, że moja wiedza na temat wychowywania, obszerniejsza jest, niż wiedza mojej własnej rodzicielki (wspaniałej matki trzech córek!).
Celowo używam tu słowa „obszerniejsza”, a nie np. „głębsza” czy „lepsza”, bo świat jakby się poszerzył i wiedzieć więcej po prostu musimy!
Smoczek: „be” czy „cacy”, wózek czy chusta, wanienka czy wiaderko, szczepić czy nie szczepić, chodzić z malcem na angielski – czy to za wcześnie/za późno/bez sensu/strata pieniędzy? A jeśli chodzić to gdzie, od kiedy, jaką metodą?
Współczesna mama więc, już nie tylko karmi, przewija, bawi się i usypia, ale bez przerwy jeszcze „robi research”. Nasi rodzice wychowywali nas, kierując się intuicją, instynktem, jak powiedzielibyśmy dzisiaj, i ta formuła była w swoim czasie skuteczna, chociaż dziś moglibyśmy uznać ją za ryzykowną.
A więc „dzisiaj wychowuje się dzieci inaczej” – twierdzi Fernando Corominas w swojej książce pt. „Wychowywać dziś”. I trudno się nie zgodzić. Samą książkę przeczytałam dzięki znajomej (dziękuję Agata!) i to właśnie ta pozycja będzie „sponsorem” tego tekstu.

Z trwogą obserwuję maluszki, których plan zajęć w tygodniu jest tak przeładowany, że gdyby należał do dorosłego, uznalibyśmy go za pracoholika. Z drugiej strony skąd wiedzieć czy inwestowanie w daną aktywność, w określonym momencie życia dziecka ma, bądź nie ma sensu. Skoro jednak wychowanie jest nie tylko sztuką (gdzie reguł brak, a każda osoba jest niepowtarzalna), ale także nauką, to muszą istnieć jakieś prawidłowości, które należy poznać, zgłębić, poświęcić czas i wysiłek. I tu z pomocą przychodzą badania nad okresami sensytywnymi.

„Okres sensytywny to czas, w którym organizm jest szczególnie wrażliwy na bodźce ważne dla rozwoju określonej funkcji” (s. 27) Przykład: okres sensytywny odpowiadający chodzeniu występuje między 10 a 15 miesiącem życia dziecka. W tym czasie dziecko samo uczy się chodzić, nikt nie musi mu pokazywać, co powinno robić, bo całe jego ciało “chce” chodzić, potrzebuje tego; jedynym wymogiem jest to, by miało wzór do naśladowania, żeby widziało, jak chodzi jego matka. (s. 39)

Człowiek posiada wolę, odróżnia nas to od zwierząt i sprawia, że jesteśmy wolni i odpowiedzialni. Dzięki swojej woli jesteśmy w stanie, jeśli chcemy, kontrolować własne okresy sensytywne. Możemy sprzeciwić się wykonaniu danego działania w czasie w którym jest ono przewidziane, ale możemy też wykonać to działanie wtedy, gdy odpowiadający mu okres sensytywny już minął. Jednak wykonanie danego działania poza właściwym dla niego czasem wymaga dużo większej siły woli, musimy włożyć w nie więcej wysiłku. Bardzo trudno jest też osiągnąć taki sam wynik.

Dziecko między pierwszym a czwartym rokiem życia jest w stanie nauczyć się języka ojczystego albo kilku języków bez wysiłku, z największą naturalnością, ponieważ znajduje się w okresie sensytywnym związanym z mową. Kiedy wszystkie jego zmysły predysponują je do zdobycia tej funkcji, uczy się mimowolnie, jak w zabawie, opanowując język tak dobrze, jak jego rodzimy użytkownik. (s. 31)

Jeśli chodzi o muzykę jest to jeden z pierwszych okresów sensytywnych, wcześniejszy od nauki mowy, kiedy to całe ciało dziecka predysponowane jest do  słuchania i tworzenia muzyki. (Najpierw rozwija się słuch a potem mowa) Okres sensytywny właściwy dla muzyki rozpoczyna się 4 miesiące przed narodzeniem, w łonie matki, i trwa do drugiego lub trzeciego roku życia, przy czym podstawowe znaczenie ma pierwszych 12 miesięcy. (s. 46)

Zestawienie okresów sensytywnych:

W gąszczu różnych, często sprzecznych informacji, ta prosta tabela wydaje się być doskonałą podpowiedzią jak wybierać aktywności, które proponujemy naszym dzieciom. Nie ma sensu prowadzić dziecko na zajęcia stymulujące sferę, która naturalnie, w odpowiednim czasie rozwijać będzie się znacznie efektywniej. A może nawet nie potrzebne będą do tego zajęcia dodatkowe, jeżeli tylko rodzic będzie posiadaniu odpowiednich narzędzi do tego, by dziecko poprzez naśladowanie go uwolniło swój własny potencjał.

Rodzice często pytają mnie czy jest sens śpiewać z dzieckiem jeżeli oni sami śpiewają nieczysto. Wtedy pytam ich czy jest sens chodzić z dzieckiem jeżeli sama chodzę koślawo, albo mówić do niego jeśli mam lekką wadę wymowy.  Proste prawda?

A więc raz jeszcze:

Całe ciało dziecka „chce” chodzić/śpiewać/tańczyć/mówić i potrzebuje tego; kluczowym wymogiem jest jednak, by miało wzór do naśladowania, żeby widziało, jak chodzi/śpiewa/tańczy osoba, którą chce naśladować, która jest jego autorytetem – kochająca i opiekująca się nim.

P.S. Jeśli szukacie gotowego wsparcia w umuzykalnianiu dziecka — zajrzyjcie do Pomelody.

Przyznać się chcę, że choć moja wiedza muzyczna pewnie przekracza przeciętną, będąc w ciąży kilka nocy poświęciłam czytaniu historii o tym jak to regularne słuchanie tego czy tamtego uczyniło geniuszy z dzieci różnych pań.

Ale dosyć – basta! Ilość dylematów z jakimi radzić sobie musi przyszła mama jest zbyt duża, by poświęcać czas na zastanawianie się co z tym Mozartem? Bo biedna jest ta mama gdy całe życie wcale miłością do Mozarta nie pałała, a teraz siedzi dzielnie i słucha choć godzinkę dziennie… tylko po co?

No bo właściwie jak to z tą muzyką w okresie prenatalnym naprawdę jest?

Na początek trochę danych

Okres prenatalny to czas kształtowania się receptorów muzycznych i pierwszych reakcji sensoryczno-motorycznych na muzykę.

Między 16 a 20 tygodniem życia płodowego rozwija się zmysł słuchu. W 20 tygodniu dziecko słyszy już tak, jak dorosły. Postrzegane są dźwięki o natężeniu powyżej 40 decybeli (40 dB to tyle co szmery w domu) i kształtuje się umiejętność rozpoznawania bodźców akustycznych. Dlatego właśnie uważa się, że głos matki, który słyszy maleństwo będąc w łonie, zna i rozpoznaje jeszcze przed urodzeniem.

Między 5 a 6 miesiącem ciąży płód zaczyna reagować na silne dźwięki pochodzące z otoczenia. Około 7 miesiąca odbiera już bardziej zróżnicowane bodźce akustyczne: zaobserwowano, że od 7 miesiąca ciąży dziecko motorycznie reaguje na muzykę, wykazując przy tym pierwsze preferencje, a od 8 miesiąca reaguje odmiennie na głos matki, ojca i obcych.

Dźwięki towarzyszące dziecku w okresie płodowym, pochodzą przede wszystkim od matki. Dziecko słyszy jej głos, bicie serca, ruchy ciała, pracę organów wewnętrznych. Odgłosy z zewnątrz docierające do maleństwa są przytłumione, szczególnie wysokie częstotliwości, które łagodzone zostają przez płyn owodniowy. Ciało matki działa więc trochę jak filtr niskopasmowy. Dodatkowo płyn owodniowy ułatwia przewodzenie niskich dźwięków, co w praktyce oznacza, że dzieci w okresie prenatalnym preferują barwy instrumentów o niskim rejestrze (np. wiolonczela, kontrabas, fagot) a instrumenty o wysokim rejestrze mogą być w ogóle niesłyszalne. Maleństwo przedkłada więc głos matki nad jakikolwiek inny dźwięk. Ale uwaga. Gdy mama mówi drobne różnice w spółgłoskach i samogłoskach są narażone na zniekształcenia. To ograniczenie nie dotyczy jednak dźwięków o określonej częstotliwości, dlatego ich wyrazistość przyczynia się do większego zainteresowania śpiewem matki niż jej mową. Eksperymenty wykazały, że noworodki uspokajają się podczas prezentowania im tych samych melodii, których słuchały między szóstym a ósmym (w innych badaniach dziewiątym) miesiącem ciąży. W literaturze przedmiotu znaleźć można twierdzenia, że chociaż nie odnaleziono związku między reagowaniem płodu a rozwojem muzykalności po narodzeniu, to śpiew matki oddziałuje korzystnie na rozwój psychiczny i intelektualny dziecka, w tym na inteligencję muzyczną.

Jakie płyną z tego wnioski

  • Śpiewanie maleństwu w brzuszku ma potężną przewagę nad puszczaniem mu muzyki z płyty.
  • Jeśli już mamy chęć zaprezentować dzieciątku jakieś nagranie należy pamiętać, że dziecko znacznie lepiej słyszy muzykę o niskich częstotliwościach, preferuje więc instrumenty o niskim rejestrze.
  • Mówienie czy śpiewanie nienarodzonemu dziecku przed 16 tygodniem ciąży mija się z celem.
  • Nie ma żadnych wiarygodnych przesłanek ku temu, by sądzić, że muzyka puszczana dziecku wpłynie na jego inteligencję (nie ważne czy jest to Mozart czy Black Sabbath)
  • Nie należy liczyć na to, że nasze działania zrobią z dziecka geniusza, ale
  • WARTO śpiewać maleństwu często i bez przejmowania się tekstem, czy własnym talentem muzycznym.

Moja historia

Ale, ale! Zanim do niektórych rzeczy doszłam,, kiedy po raz pierwszy byłam w ciąży, sama miałam taki pomysł, że sprawdzę na sobie i swoim dziecku tę „legendę” o tym, jak to mama słuchała czegoś całą ciążę, a potem dziecko po urodzeniu to znało/lubiło czy coś tam.
Wybrałam kilka dosyć osobliwych pozycji, które rzecz jasna miały przede wszystkim mnie sprawiać przyjemność (bo na tyle już byłam świadoma) i słuchałam je, podśpiewując przez całą ciążę. Między innymi przesłuchiwałam namiętnie utwór na chór, polskiego renesansowego (!) kompozytora – Wacława z Szamotuł, pt. Już się zmierzcha.

Posłuchacie i pewnie stwierdzicie, że „dziwny wybór” – ale wiecie – mama kompozytorka…
Do szpitala poszłam przygotowana: ze zgraną na komórkę playlistą. Nie wiem co mi się wydawało, że ta playlista ma zdziałać;) Więc leżę w szpitalu po porodzie i pamiętam taki moment w którym mój maluch płakał, a ja już nie wiedziałam o co może chodzić – przewinięty, nakarmiony – co jeszcze? A ja taka zielona, sestresowana, bez grama wiary w siebie i w to, że się nadaję. W trzeciej dobie po porodzie, z perspektywą zostania w szpitalu na tydzień, z komplikacjami, sama z dzieckiem w sali, w środku nocy z kosmiczną huśtawką hormonalną – popłakałam się rzecz jasna razem z malcem i wtedy mi się przypomniało.
Puściłam z tej komóreczki Już się zmierzcha i to się naprawdę wydarzyło. Uspokoiliśmy się! Obydwoje! Odłożyłam go do tego pudełka plastikowego (teraz wzięłabym go w objęcia u siebie w łóżku, ale wtedy wydawało mi się, że „nie wolno”🤦‍♀️zapętliłam ten utwór i tak leżeliśmy zasłuchani.
I wcale nie wiem czy to TEN utwór, czy to DLATEGO, ale wiem jedno – kiedy tak płakałam i słuchałam tego utworu to pomyślałam: „Dziewczyno! Dziewięć miesięcy nosiłaś go pod swoim sercem, Ty, nie kto inny! Myślałaś nawet o takich „pierdołach” jak ta jakich piosenek słuchać, żeby mu dobrze było! Jeśli ktoś tu jest kompetentny i gotowy, żeby się tym Skarbem zaopiekować to jesteś to Ty!” – uspokoiłam się ja, uspokoił się i on.

Utwór ten bardzo wszystkim polecam, choć z perspektywy czasu uważam, że nie jest najlepszy na czas baby bluesa.

Czego słuchaliście Wy?

Bibliografia:

M. Manturzewska, B. Kamińska, Rozwój muzyczny człowieka W: Wybrane zagadnienia z psychologii muzyki, M. Manturzewska i H. Kotarska (red.), Warszawa 1990

Jak oswoić dziecko z filharmonią? Chodzić tam razem z nim. To proste. Mam tu na myśli oczywiście „starszaków” – sześcio, siedmiolatków i dzieci starsze. Dla tych młodszych można znaleźć ofertę (również w filharmoniach) znacznie bardziej dostosowaną do ich etapu rozwojowego. Maluchy muszą móc się ruszać, śpiewać, tańczyć, jeść i pić 😉 wtedy kiedy mają na to ochotę (sama takie zajęcia w Filharmoniach prowadzę więc wiem, że istnieją). Ale dziś mowa o takim regularnym, „prawdziwym” koncercie, którego się słucha. Oswojenie się z takim wydarzenia to wyzwanie niewątpliwie warte podjęcia. Ale co jeżeli ze zwyczajami panującymi podczas koncertów muzyki poważnej jesteśmy na bakier? Albo po prostu nie za bardzo rozumiemy o co w tym wszystkim chodzi?

Oto bon ton w filharmonii czyli 7 zasad, które sprawią, że na koncercie muzyki poważnej będziesz czuł się jak ryba w wodzie.

1. Ubiór ma znaczenie

Strój jest zależny od typu koncertu na jaki się wybieramy. Jeśli mowa o koncercie muzyki poważnej, przyjęło się, że mile widziany jest elegancki strój. Oczywiście garnitur i wieczorowa kreacja może być przesadą, ale marynarka u mężczyzny, koszula u chłopca, czy sukienka koktajlowa u pań sprawdzą się znakomicie. Jeśli jesteś osobą, która lubi od czasu do czasu ubrać się elegancko to jest to doskonała ku temu okazja, jeśli natomiast jest to dla Ciebie zło konieczne, pomyśl o tym, że muzycy na scenie mają gorzej, ponieważ przyjmują słuchaczy ubrani we fraki i czarne długie suknie.
Moja prywatna opinia jest taka, że ubiór ma znaczenie. Nie chodzi o to, że coś wypada lub nie, ale o to, że odświętny strój nadaje tym chwilom niecodziennego, magicznego charakteru, a to fajna odmiana dla codziennego pędu życia. Jeśli już oderwaliśmy się od rzeczywistości i zdołaliśmy wybrać się do filharmonii to czerpmy z tego pełnymi garściami.

2. Punktualność oznacza bycie kilka minut wcześniej

Miej przewidziane kilka dodatkowych minut, które zleci szybciej niż się spodziewasz na ostatniej wizycie w toalecie, poszukiwaniu swojego miejsca siedzącego, zakupie programu, oddaniu ubioru wierzchniego do szatni itd. Poza tym spóźnialscy po prostu nie zostaną wpuszczeni, więc ryzykować nie warto.

3. Skorzystaj z genialnej funkcji w Twoim telefonie

i po prostu go wyłącz. I nie mam tu na myśli wyciszenia czy ustawienia wibracji. Wyłącz telefon – odetnij się od świata chociaż na dwie godziny. To zmienia percypowanie muzyki! Nie mówiąc już o tym jak niezwykle krępująca jest chwila w której to Twój niekoniecznie najbardziej wysublimowany brzmieniowo dzwonek, rozdziera najsłodszy fragment wykonywanej symfonii i ściąga na Ciebie nienawistne spojrzenia.
Mam nadzieję, że tego pisać nie muszę, ale dla pewności: jeśli już zdecydujesz się na pozostawienie telefonu włączonego nie nagrywaj filmików i nie rób zdjęć. No chyba, że selfie z solistą, ale to podczas przerwy.

4. Cisza na morzu, cisza w komnacie, kto się odezwie ten….

Mówię zupełnie poważnie. Od momentu kiedy zabrzmią pierwsze takty, aż do chwili kiedy dyrygent ostatecznie opuści batutę (czyli tę cienką pałeczkę) nie rozmawiamy, szepczemy, gwiżdżemy, podśpiewujemy, mruczymy….

5. Raz dwa trzy król patrzy

… nie wiercimy się, nie odwracamy, nie tupiemy nóżką (choćby muzyka bardzo temu sprzyjała), nie strzelamy z palców, przeciągamy się, żujemy gumy, grzebiemy w torebce, rozsuwamy zamka w naszych długich po kolano kozaczkach, poprawiamy makijaż (wszystko to widziałam). Podczas całej części (koncerty w filharmonii są z reguły dwuczęściowe) nie opuszczaj swojego siedzenia. To wszystko jest naprawdę wysoce niestosowne, a co najważniejsze (i widocznie trudne do zrozumienia) ekstremalnie przeszkadza! nie tylko słuchaczom, ale i muzykom.

6. Wstrzymaj się z aplauzem

Skumuluj cały swój zachwyt i zachowaj na koniec utworu. Utworu a nie jednej z jego części. Najczęściej wykonywane podczas koncertów filharmonicznych są formy takie jak symfonia, koncert solowy, suita, które charakteryzują się cykliczną, kilkuczęściową budowę. Przyjęło się, że NIE nagradza się muzyków oklaskami w przerwie między częściami, a po zakończonym utworze. Aby uniknąć pomyłki
  • zapoznaj się z budową utworu w domu, przed wyjściem na koncert (dla ambitnych)
  • zapoznaj się z budową utworu przed koncertem czytając zakupiony kilka minut przed rozpoczęciem program (dlatego warto być wcześniej)
  • poczekaj, aż dyrygent da znak (najczęściej rozluźni ramiona i opuści batutę lub po prostu odwróci się do widowni)

7. Bądź sprytny

Skorzystaj z aplauzu by uwolnić duszony kaszel, wysmarkać nos czy znaleźć okulary w torebce.

 

P.S. Jeśli jest jeszcze coś czego nie wiecie lub co wydaje się Wam niejasne, piszcie w komentarzach

Czas na wpis bardziej osobisty i dosyć emocjonalny. Prosto z kompozytorskiej kuchni.

Zadzwonił do mnie Pewien Pan z Pewnego Wydawnictwa dla dzieci w wieku przedszkolnym. Sprawa wydała mi się dosyć oczywista: wydają oni regularnie śpiewniki dla dzieci, ze skomponowanymi i nagranymi na płycie piosenkami dziecięcymi, więc naturalnie pomyślałam, że zwrócili się do zawodowego kompozytora, by napisał dla nich takie utwory. Jak się jednak okazało, moja praca miałaby polegać jedynie na aranżowaniu melodii, które wcześniej „skomponowali” już „muzycy” z wydawnictwa. Wciąż jeszcze słuchałam z zainteresowaniem, bo w tych czasach kompozytorzy, są często aranżerami, wszystko więc, byłoby w porządku. Jednak Pan przesłał mi przykłady tych melodii oraz nagranych aranżacji z poprzednich płyt. I cóż. To było po prostu straszne.
Zarówno jeśli chodzi o stronę estetyczną, techniczną, merytoryczną… Każdą!
Ale po kolei, najpierw kilka faktów:
  • piosenki dla dzieci w wieku przedszkolnym, muszą charakteryzować się pewnymi „parametrami technicznymi” (m.in. węższą skalą – mały ambitus, unikaniem skoków w linii melodycznej – przewagą małych interwałów itp.), które sprawiają, że dziecko prawidłowo się rozwija, a nie nadwyręża swój głos
  • dźwięki wygodne do zaśpiewania przez dorosłych, mogą być po prostu niewykonalne dla dziecka
  • niezwykle ważne dla rozwoju muzycznego dziecka, jest bogate środowisko muzyczne; oznacza to, że powinno ono śpiewać i słuchać piosenek w różnych skalach, rytmach, tonacjach, bogatych harmonicznie, wykonywanych przez różne instrumenty (analogia do języka: wyobraźcie sobie, że mówimy do dzieci tylko w czasie teraźniejszym lub używając samych rzeczowników, tym właśnie jest uboga, a może rzecz trzeba, prymitywna muzyka dziecięca)
Podczas kilku lat prowadzenia rytmiki w przedszkolu, przesłuchałam setki piosenek z płyt różnych wydawnictw i nie przesadzę stwierdzając, że znalazłam pięć czy sześć (!), które spełniałyby wymienione kryteria. A pomijam zupełnie kwestię tekstów w owych piosenkach wykorzystywanych. Jako, że w tym roku, decydując się na pozostanie w domu z Maleństwem, nie prowadzę rytmiki, chyba zapomniałam już co się tam wyrabia.
Wyobraźcie więc sobie moją wściekłość, gdy przesłuchałam otrzymane od Pana piosenki. Ale tak naprawdę pointa dopiero nadchodzi. Otóż Pan zaproponował mi za zaaranżowanie, stworzenie partytury (czyli nut), wyprodukowanie nagrania (zaproszenie muzyków, wypożyczenie lub kupno sprzętu nagrywającego bądź studia) stawkę wysokości 30 zł za utwór.
… i tutaj ten moment w którym ręce opadają i nie da się dalej pisać na klawiaturze…
W tej chwili zrozumiałam dlaczego te setki nagrań, którymi przeładowane są biblioteczki w przedszkolach nie nadają się do absolutnie niczego, bo i jak za 30 złotych stworzyć, wykonać i nagrać utwór, który reprezentowałby jakikolwiek poziom. Tym sposobem właśnie znalazłam odpowiedź na pytanie nurtujące mnie od lat. Ale ponieważ przyroda próżni nie znosi, w jego miejsce od razu pojawiło się nowe, głębsze, poważniejsze: Jak to się dzieje, że znajduje się ktoś, kto taką płytę kupuje? Jak bardzo niewyedukowanym społeczeństwem jesteśmy! Jak ignoranckim! Bo jeśli ktoś lubi pobawić się przy disco-polo, to jego sprawa, ale jeżeli puszcza to disco-polo dzieciom do słuchania, udając przy tym, że je kształci to już jawna deprawacja. Uwierzcie na rynku naprawdę znaleźć można muzykę dla dzieci, która sprawia, że chce się żyć, ale, jak ze wszystkim, trzeba mieć trochę chęci, samozaparcia, wiedzy i czasu, by jej szukać.
Postaram się więc tym z Was, którzy jak ja nie godzą się na psucie gustu dziecka, zanim zdąży się on w ogóle wykształcić, pomóc jak najlepiej umiem i podsunąć w najbliższym czasie kilka propozycji czego słuchać z radością i czystym sumieniem.
A tymczasem wskażę jedynie na program, który właśnie po to by się tej zalewającej nas lawie chłamu przeciwstawić: Pomelody

Pewnie niejednokrotnie zatrzymaliście się w sklepie z płytami przed tą całkiem pokaźną szafą z kołysankami. Od Mozarta, poprzez relaksacyjne aborygeńskie zaśpiewy, aż do białego szumu i innych cudów stworzonych do tego, by nasze dzieci zasypiały i spały jak anioły. I bez wątpienia płyta taka czarować będzie dziecko swą usypiającą mocą, ale nie zapominajmy, że my sami, także nie pozostajemy w tej dziedzinie bezsilni.

Śpiewanie kołysanek jest jedną najstarszych, najbardziej naturalnych i moim zdaniem, najpiękniejszych form interakcji pomiędzy rodzicem i dzieckiem.

Głos rodzica ma moc rozweselić i dodać otuchy dziecku kiedy jest smutne, a gdy potrzeba ukoić i ukołysać zmęczone dziecię do snu. To uczucie bezpieczeństwa, ciepła i więzi z rodzicem nie tylko tworzy fundament, na którym buduje się pełną przywiązania i bliskości relacja, ale jest według mnie jednym z najcenniejszych darów, jaki możemy dziecku w ogóle dać.

Niezależnie od tego czy będziesz nucić, mruczeć czy śpiewać, wszyscy potrafimy tworzyć muzykę! Bo nie chodzi tutaj o melodię czy tekst piosenki, ale o samą interakcję: głos, dotyk, kontakt wzrokowy. Kołysanka nie służy też tylko temu, by uśpić dziecko. Praktykowana regularnie prowadzi do ogromnych korzyści także w innych obszarach.

  1. Twoje dziecko ma wtedy okazję do ćwiczenia aktywnego słuchania (a w dzisiejszych czasach to taka rzadka umiejętność!)
  2. Kołysanki, śpiewane każdego dnia, pomagają zbudować przewidywalną „rutynę senną”, prowadzącą do tego, że dziecko zasypia szybciej i śpi lepiej.
  3. Wyniki badań przeprowadzonych przez Uniwersytet w Roehampton oraz GOSH (Great Ormond Street Hospital) opublikowane w piśmie Psychologia Muzyki (Psychology of Music) wskazują także, że grupa dziecięcych pacjentów w szpitalu doświadczyła obniżenia pulsu, poziomu niepokoju oraz odczuwania bólu (!) po tym jak śpiewano im kołysanki.
  4. Kołysanki tworzą ten wyjątkowy intymny moment więzi pomiędzy rodzicem/opiekunem a dzieckiem, który buduje w dziecku poczucie bezpieczeństwa i wyrabia w nim umiejętność relaksowania się.

Oto więc kilka wskazówek jak z kołysanek wyciągnąć to co najlepsze:

Wprowadź kołysankę do codziennej rutyny.

Traktuj czas i czynności związane z kładzeniem dziecka spać (lub na drzemkę) jak Wasz wspólny rytuał. Jego stałym elementem niech będzie właśnie kołysanka. Wystarczy, że poświęcisz na śpiewanie 5 minut.

Nie skupiaj się na słowach ani swoich umiejętnościach wokalnych.

Słowa mogą być bez sensu, a melodia śpiewana nieczysto. Możesz wykorzystać imię dziecka lub wyśpiewywać czułe słówka. Śpiewaj, nuć, mrucz. To naprawdę nie ma znaczenia! To „kołyszące brzmienie” oraz ciepło bliskości i bezpieczeństwa sprawiają, że kołysanki działają. Jeśli Twoje opory przed śpiewaniem a capella są naprawdę duże, wykorzystaj płytę CD, puść ją jednak bardzo cicho, w tle i śpiewaj z nią.

Rozkoszuj się chwilą.

Podczas śpiewania przytulaj dziecko siedząc w bujanym fotelu lub stojąc i kołysząc się do muzyki. Doprowadź do momentu w którym Twój umysł „oczyszcza się” i ciesz się tym przytulnym, cudownym momentem gdy Ty, Twoje dziecko i muzyka stajecie się jednym. (Brzmi w sposób egzaltowany, ale tak naprawdę się dzieje!)

Gdy Twoje dziecko jest już starsze używaj w ciągu dnia także innych, piosenek, rytmiczanek i muzycznych zabaw jako sposób na wspólną zabawę, rozwój i budowanie bliskości, ale nigdy nie zapominaj o kołysankach. Są przydatne i odpowiednie na każdym etapie rozwoju!

A teraz przyznajcie się, czy wiedząc to wszystko nie macie ochoty chwycić dziecka w objęcia i zacząć śpiewać?

P.S. Jeśli szukacie gotowych, pięknych kołysanek do wspólnego śpiewania — znajdziecie je w Pomelody.